Wyobraź sobie pewną sytuację.
Widzisz jedynie bezgraniczną ciemność, a twoją skórę owiewa tylko przerażający chłód.
Czujesz zimno śniegu, ból cierpienia, każdego delikatnego płatka, który topi się na twoim ciele niczym mała łza.
Ciemność rozbija krzyk.
Krzyk goryczy i żalu. Nie wiesz co się dzieje, sen nie przychodzi, a jawa jest przerażająca.
Słowa milkną w ciężkim powietrzu niezauważalnie znikając.
Oddychanie przychodzi z co raz to większą trudnością, oczy wypełnia zimna, słona ciecz.
Po szczęśliwych chwilach pozostaje wspomnień wrak.
Nie ma nikogo.
Nikogo oprócz ciebie, na tym przeklętym świecie. Marzenia wyrywane z głowy uciekają zabijane leniwie przez strach.
To on jest przyczyną tego wszystkiego, to on nie pozwala ci wypłynąć z tej bezkresnej toni.
Życie się kończy, czas tyka,
A ty?
Ty stoisz w miejscu, marnując cenne sekundy na pokonanie tych niedoskonałości. Na wyrwanie się z tej przestrzeni.
Zauważasz wzrok przepełniony rozczarowaniem.
Chcesz uciec- nie masz gdzie. Chcesz krzyczeć- nie masz jak. Chcesz zapomnieć- nie masz po co. Chcesz z tym wygrać- nie masz dla kogo. Chcesz poczuć- nie możesz.
Przegrywasz.
Drobna postać niespokojnie przewracała się z jednego boku na drugi, oplątana cienką płachtą kołdry. Szybki oddech i grube krople potu spływały po czuje niczym nie pohamowane. Krzyk wypełniający pokój mógłby budzić zmarłego, głos wbijający się w uszy, wbijający się w całą przestrzeń.
Otworzyła oczy. Świadomość samotności potęgowała z każdą sekundą co raz to bardziej strach owijający ciało. Nagły szelest i ruch cienia zza okna spowodowały drżenie rąk dygotanie zębów. Objęła się ramionami przymykając powieki, aby zanurzyć się ponownie w wspomnieniach koszmaru. Kilka różowych kosmyków opadło na spocone czoło, drżącą ręką przeczesała je za ucho. Z rozmachem odtrąciła kołdrę stawiając bose kościste stopy na zimnej powierzchni podłogi pokoju. Wstała i chwiejny i krokami doszła do małej łazienki. Odkręciła bladą dłonią kurek kranu z którego wypłynęła woda. Przypomniała jej jak życie potrafi być ulotne, nagle napełniła ją złość. Spojrzała w odbicia lustra wiszącego na przeciw.... bała się. Ciemne cienie pod oczyma, wychudzona, biała twarz, poranione i posiniaczone barki to wszystko wywoływało tylko u niej widok małego bezbronnego dziecka, które myślało że mogło coś w sobie zmienić. Momentalnie zamachnęła się wychudzoną ręką strącając lustro z ściany. Dźwięk tłuczonego szkła rozniósł się jak hałas szeptu po pustym kościele. Spojrzała na wciąż drżącą dłoń. Była teraz odziana w purpurową czerwień o słodkim zapachu. Przyłożyła do warg jeden z zranionych palców. Metaliczny smak wypełnił ją przeszywając nieprzyjemnym dreszczem.
--------------------------------------------------------------------------
Jest i prolog :) Nie ma rewelacji zapewne ponownie popełniam masę błędów, wybaczcie :D zapraszam do czytania jak i wypowiadania swojej opinii :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz